08 października 2017

Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :)

Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś piszę kolejny. Ten post również będzie miał na celu oczyszczenie się  wewnętrzne, takie katharsis, a jednocześnie chcę dać nadzieję tym, którzy jej potrzebują. Nadzieja jest bardzo ważna, gdy walczymy z depresją. Właśnie dziś chciałam Wam opowiedzieć o mojej walce z tą chorobą. Zapraszam do poczytania. 



POCZĄTKI DEPRESJI 

Moja choroba rozpoczęła się wiosną 2014 roku. Trochę nietypowe, prawda? Zwykle depresje miewa się jesienią, zimą. Wiosna to czas przebudzenia, szczęścia, więc i choroba mija. Dla mnie się rozpoczęła. Marzec 2014 to miesiąc o którym wolałabym nie wspominać, ale wspomnę tutaj. W tamtym miesiącu odeszli moi ukochani dziadkowie - babcia 7 marca, dziadek 25 marca :( Dodatkowo w tamtym czasie odeszła inna bliska mi osoba, przyjaciel (z którym znałam sie tylko przez internet, a jednak był bliski dla mnie). Dla niektórych ludzi utrata dziadków nie jest przyczyną tak silnej depresji. Tłumaczymy to sobie starością. Dla mnie dziadkowie byli najważniejszymi osobami w rodzinie. Spędziłam u nich dzieciństwo, każde wakacje, święta, ferie jeździłam do nich. Uwielbiałam siedzieć z dziadkiem w pokoju i słuchać opowieści dziadka z dawnych lat. Lubiłam rozmawiać z Nim o zwierzętach, o podróżach. Mój dziadek był bardzo dzielnym człowiekiem, aż do ostatnich dni życia. Zawsze pomagał, wspierał, wierzył, że uda mi się spełnić moje marzenia zawodowe i znaleźć chłopaka.  Z tym pierwszym może jakoś to będzie...gorzej ze znalezieniem chłopaka. Nawet przed samą śmiercią mi tego życzył :( Byłam z dziadkiem wyjątkowo blisko związana. Z babcią tak samo, zawsze od dzieciństwa lubiła szyć mi ubrania, sukienki. Tak, dawniej chodziłam w sukienkach, ale tylko tych uszytych przez babcię. Babcia świetnie gotowała i piekła. Pomagałam jej robić pączki, faworki na tłusty czwartek, na święta ciasta, latem kompoty i dżemy. Bardzo przyjemnie spędzało się czas w babcinej kuchni. Właśnie w dzieciństwie nie jeździłam z rodzicami nad morze, tylko zawsze do babci i dziadka. Nie mogłam sie w szkole pochwalić dalekimi podróżami, ale za to miałam wspaniałych dziadków, u których zawsze zaznawałam ciepła i miłości. 


Dlatego tak bardzo mocno przeżyłam ich odejście. Wydawało mi się, że będą żyć wiecznie. Babcia miała 89 lat, a dziadek 91. Chociaż teraz nadal czuję ich obecność przy mnie. Mam poczucie, że to dzięki Nim dalej udaje mi się spełniać marzenia i ważne cele. Choć przeżyłam 3 trudne lata. Właśnie wtedy zmagałam się z depresją. 

GDY ODECHCIEWA SIĘ ŻYĆ

Gdy minął marzec, w przez kolejne miesiące nie mogłam dojść do siebie. Ciężko funkcjonować, gdy się widziało na własne oczy jak babcia odchodzi. Przy dziadku w tej ostatniej chwili życia nie byłam. Ale ciągle mam przed oczami ich ostatnie słowa, ostatnie chwile. Oboje odeszli w nocy. Dlatego też pierwszym objawem mojej depresji był lęk przed spaniem. Bałam się zasnąć, bo bałam się że też umrę w nocy. I choć jestem z natury skowronkiem, to wtedy długo nie mogłam zasnąć. Siedziałam nieraz do późnej nocy z książką w ręku i czytałam. Czytanie pozwalało mi oderwać myśli od tych najgorszych, a skupić się na życiu bohaterów powieści. Miałam też lęk przed dźwiękiem telefonu, od czasu, kiedy ciocia przedzwoniła z informacją o odejściu dziadka :( Może dlatego teraz też często mam wyciszony telefon :( mam po prostu lęk przed tym dźwiękiem. Teraz już mniejszy, ale kiedyś był ogromny. Bałam się też wody, dlatego podczas kąpieli nalewałam sobie tylko tyle, bym mogła się umyć, a nie całą wannę. Bałam się utopić. Miałam lęk przed własną śmiercią. Rzadko wychodziłam z domu, a jeśli już to szłam do parku lub nad Wisłę, zakładałam ciemne okulary i płakałam. Odechciało mi się żyć, a jednocześnie bałam się śmierci. Wtedy tez bardzo odcięłam się od ludzi, nawet na FB nie chciało mi się z nikim pisać. Nie miałam o czym, straciłam wtedy swoją prawdziwą radość. Nie wytrzymywałam. Zamknęłam się w sobie. Nawet muzyki nie słuchałam, a to oznacza, że ze mną musiało być bardzo źle. Właśnie jedyne co mi pomagało to książki. Dzięki nim odcinałam się od swojego prawdziwego życia. 

SZUKANIE PRACY KONTRA DEPRESJA

Kiedy walczyłam z depresją, nie było mi łatwo przeżyć. Każdy dzień stawał się dla mnie trudny do pokonania. Zwykle budziłam się ok 11 godz. Każdy krok był dla mnie trudny do zrobienia. Zanim jednak wstałam, miałam koszmarne myśli. Budziłam sie i myśałam o śmierci babci i dziadka. Kiedy kładłam się spać - to samo. Wyobrażałam sobie, że leżę obok ich grobu i śpię razem z nimi :( miałam też koszmarne sny. A dodatkowo musiałam szukać pracy. Nie sądziłam, że tak trudno będzie mi ją znaleźć. Po pierwsze, dwie pierwsze prace (po studiach) jakoś łatwo znalazłam. Pierwszą była 6- miesięczna praca w Bibliotece Lekarskiej. Umowa na zastępstwo. I chociaż zapewniano mnie, że osoba, którą zastępuje, raczej nie prędko wróci do pracy, to stało się jednak inaczej. Cóż było robić - szukałam kolejnej. Po 2 miesiącach bezrobocia znalazłam staż w Zarządzie Dróg Miejskich. Tam praca bardzo mi się podobała, i chociaż nie przepadam za pracą w biurze, to tamtą wspominam najprzyjemniej. Jednak nie mogli mnie przyjąć na etat, bo miałam nieodpowiedni kierunek studiów, a potrzebowali tam kogoś kto jest po prawie lub administracji. Więc odeszłam. Kiedy właśnie zaczęłam szukać kolejnej pracy, właśnie miały miejsce smutne wydarzenia w mojej rodzinie (opisane wyżej). Mimo głębokiej depresji, aktywnie szukałam pracy. Na różne sposoby. Zarówno w internecie, jak i osobiście chodziłam/jeździłam po różnych miejscach. Próbowałam swoich sił i w biurze i w sklepach, wysyłałam swoje próbne teksty do redakcji czasopism. Niestety większości ludziom z tych redakcji nie podobały się moje teksty lub pozostały bez odpowiedzi. Zjeździłam chyba wszystkie dzielnice Warszawy, a nawet poza miastem (Łomianki), czego nie wspominam zbyt miło (złapał mnie kanar ;)). Próbowałam swoich sił w telemarketingu, ale po wstępnych szkoleniach powiedziano mi, że jestem "zbyt mało agresywna w rozmowach z klientami". Pomyślałam "ja i być agresywną? hahaha" podziękowałam po 1 dni pracy. Próbowałam nawet darmowych praktyk w sekretariacie szkoły, po których byłaby szansa na zatrudnienie. Co z tego, skoro nikt mi potem takiego nie zaproponował. Jeździłam na kolejne rozmowy kwalifikacyjne. Właśnie. Nie wiem w czym był problem. O ile 1 etap rekrutacji jakoś przechodziłam (wysyłanie CV ---> zaproszenie na rozmowę), o tyle drugi (sama rozmowa) nie kończyła się pozytywnie. Nie wiedziałam co jest nie tak. W związku z tym brałam udział w wielu szkoleniach dotyczących szukania pracy, w tym jak skutecznie przejść rozmowę kwalifikacyjną. Jeździłam na różne targi pracy. I mimo tych wszystkich szkoleń, pracy nie dostawałam. 

Zaczęłam sie zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Wtedy pomyślałam, żeby rozpocząć wolontariat w zoo. Zwłaszcza, że bardzo mi się podobało na praktykach tam, więc chciałabym znów zajmować sie ptakami w ptasim azylu. Był to dla mnie bardzo fajny czas, w którym mogłam zapomnieć o swojej depresji. I o ile ciężko mi było wstać z łóżka i wyjść z domu, to po przekroczeniu bramy Ogrodu Zoologicznego, czułam zawsze ulgę i radość. To było dla mnie jak narkotyk. Chociaż może nie narkotyk, bo ta praca dawała mi same korzyści. Oprócz finansowych. Ale ja nie oczekiwałam tego. Wolontariat w zoo potraktowałam jako przełamanie depresji. A obcowanie ze zwierzętami było mi bardzo potrzebne. Nie od dziś wiadomo, że zwierzęta skutecznie pomagają w walce z różnymi chorobami. Ja akurat pasjonuję się ptakami, to w ptasim azylu czułam się najlepiej. Jednak po opuszczeniu zoo, depresja wracała. Brakowało mi ludzi. Brakowało mi, by z kimś pogadać. Nie przez internet, ale na żywo. Czasem jeździłam na koncerty ze znajomymi, ale to rzadko było. W Warszawie byłam sama. Kontakty się jakoś pourywały. Czasami miałam już dość tego wszystkiego. Dlatego sięgałam po książki, jak wspomniałam wyżej. 

CHCĘ ZOSTAĆ PODRÓŻNICZKA

Jedną książką, która bardzo pomogła mi "stanąć na nogi", była "Przesunąć Horyzont", Martyny Wojciechowskiej. Więcej o niej napisałam TUTAJ. Zobaczyłam, w jaki sposób Martyna siebie motywowała do życia. Do życia po wypadku, w którym zginął jej bliski przyjaciel. I wtedy, leżąc w szpitalnym łóżku, postanowiła wejść na Mount Everest. Pomyślałam, że i ja muszę podobnie myśleć. Po utracie ukochanego dziadka, który był od zawsze dla mnie wzorem do naśladowania jeśli chodzi o niepoddawanie się w życiu; nie potrafiłam wziąć się w garść sama ze sobą. Potrzebowałam drugiego człowieka. Od tamtej pory Martyna jest jedną z dwóch osób, które obecnie najbardziej motywują mnie w życiu. Choć Martyny nie znam osobiście (raz ją spotkałam tylko w empiku), ale zawdzięczam jej wiele. Pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kobiety również mogą być silne, powinny dążyć do swoich marzeń, nie tylko tych związanych z byciem mamą czy żoną :) By rozwijać samą siebie, mieć przestrzeń dla siebie. Po przeczytaniu tej książki, postanowiłam też zorganizować sobie taką wyprawę. A ponieważ jeszcze (wtedy) nie byłam nigdy nad morzem (dzieciństwo spędziłam u dziadków w wakacje), postanowiłam pojechać do Trójmiasta na wakacje. Zupełnie sama. Nikt o tym nie wiedział, nawet rodzina. Chciałam i potrzebowałam pobyć sama tylko z morzem. Spacerowałam sobie wtedy po plaży i płakałam. Analizowałam całe moje życie. I z każdym krokiem wtedy, poczułam większą siłę w sobie. Postanowiłam aktywniej szukać pracy, a najbardziej chciałam dążyć to tego, by tak jak Martyna być podróżniczką. Zawodowo i prywatnie. Nigdy nie jest za późno na realizację marzeń. 

"NOWA RODZĘ SIĘ"

Drugą osobą, która bardzo mnie inspirowała w ostatnich latach, to Monika Kuszyńska. Piękna kobieta, wokalistka Varius Manx. Ideał piękna, świetnie śpiewała, u szczytu kariery...i nagle wypadek, po którym już nigdy nie mogła postawić kroku. :( Bardzo ją lubiłam, od początku śpiewania w VM. I nagle wypadek. Smutne, że tak piękne osoby też mają pecha w życiu. Śledziłam jej każdy "krok" po wypadku. Krok - mam na myśli etap w życiu. Mimo bólu, jakiego doznała, potrafiła się podnieść. Wróciła do śpiewania, nawet brała udział w "Bitwie na głosy" oraz w Eurowizji. Teraz jest piękną i dzielną mamą. Co z tego, że na wózku. Monika pokazuje, że nie trzeba sie wstydzić siebie, wózek to nie przeszkoda w byciu piękną kobietą. I podobnie zaczęłam myśleć o sobie. Ja miałam inny problem. Musiałam pokonać depresję i brak pewności siebie. 

"PRZYJACIEL POTRZEBNY OD ZARAZ"

Oprócz inspiracji sławnymi osobami, bardzo pomógł mi mój przyjaciel Robert. Pewnie wiele osób wie, o kogo mi chodzi. Tak, przecież to też sławna osoba? Dla Was może i tak, dla mnie to przyjaciel. Jeszcze nigdy nie zostawił mnie w potrzebie. Był i jest zawsze ze mną. Od 7 lat znajomości. Poczułam do niego zaufanie od pierwszego maila, na który odpisał. Jedyna znana osoba, do której napisałam maila i mi odpisała. Pomyślałam, że to musi być jakiś znak ;) I sie nie pomyliłam. Szczególnie w depresji bardzo mogłam liczyć na pomoc Roberta. I nie wstydziłam sie prosić go o pomoc i wsparcie. On nigdy mi tego wsparcia nie odmówił. Zawsze pisał, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto przede wszystkim rozumie a nie wymaga i że druga osoba w przyjaźni jest ważniejsza, niż my sami. Mój przyjaciel nauczył mnie ponownej walki o marzenia oraz o samą siebie. Zawsze wierzył we mnie, pomagał stawiać każdy krok nowej mnie :) Ile łez wylewałam podczas rozmów i w mailach. Mało komu się tyle wypłakałam. Dlatego chciałam choć raz, żeby zobaczył moje łzy szczęścia a nie bólu i smutku :) I tak było niedawno po moim zwycięstwie w Melodii. Dziękuję, że jesteś zawsze ze mną. Dziś jestem już inną osobą niż np rok temu. Wiele nad sobą pracowałam, by osiągnąć to, co osiągnęłam. Jednak bez pomocy przyjaciela nie dałabym rady. 

KILKA RAD DLA WAS

W powyższych słowach opisałam swój problem, swoją depresję. Teraz chcę napisać kilka rad, co zrobić w depresji. A wiem, jak ciężką chorobą jest. 

1. NIE BÓJ SIĘ PROSIĆ O POMOC - wiem, że to jest trudne, czasem nie umiemy wykonać tego kroku. Nie zawsze mamy przy sobie takich ludzi. Ale jeśli ktoś ma osobę, której ufa - nie bójmy się prosić o pomoc. Szczególnie w depresji. To ważne. Wsparcie drugiego człowieka jest na wagę złota. Powinniśmy móc się komuś wygadać. Jeśli jednak nie ma takiej osoby przy nas, poszukajmy jej w internecie. Dziś możemy poznać człowieka z drugiego krańca świata nie wychodząc nawet z domu. Może gdzieś tam czeka na was przyjaciel i jego pomocna dłoń. 

2. ZWIERZĘTO-TERAPIA - w depresji ważny jest nie tylko kontakt z drugim człowiekiem. Zwierzęta też mogą pomóc. Wystarczy krótka chwila pieszczot z psem czy kotem i już czujemy się lepiej. Zwierzęta dają nam ciepło, miłość, poczucie bezpieczeństwa. Owszem, nie tylko psy i koty.Inne zwierzęta też mogą nam pomóc - konie, gryzonie, króliki, czy nawet ptaki. Nawet rybki mogą pomóc ;), co prawda ich nie możemy dotknąć, ale samo patrzenie na akwarium i pływające w nim stworzonka działa na nas uspokajająco. Gdy nie mamy własnych zwierząt, przejdźmy się do ZOO. Zawsze tam są też i takie, które można pogłaskać - koziołki, osiołki czy owieczki ;) takie mini zoo. Głaskanie bardzo pomaga. Również samo patrzenie na lwy, słonie, pantery czy kangury wywołuje u nas radość ;)

3. HOBBY - PASJA -  podczas depresji ważne jest by móc jak najczęściej odrywać się od złych myśli. Jednym z najskuteczniejszych sposobów jest nasze hobby. Każdy z nas ma jakieś zainteresowania. Nawet takie domowe, czytanie książek, muzyka, robótki ręczne, szachy, czy inne sposoby. Zajmując się tym, co lubimy, za każdym razem jesteśmy odrobinę silniejsi w walce z depresją. 

4. PODRÓŻ -  ma wielkie znaczenie, w depresji również. Chodzi mi o taką podróż, która będzie dla nas przyjemnością. W takie miejsce, w którym czujemy sie dobrze, albo w którym jeszcze nie byliśmy. By poczuć inny klimat, innych ludzi, albo pobyć samemu ze sobą, ale w innym otoczeniu. Jedni wolą góry, inni morze. Każdy musi wybrać sam. Po to, by nabrać sił. To pomaga. Uwierzycie w siebie. Skoro w depresji udało się wam dotrzeć to tego miejsca, to postawienie kolejnego kroku w walce z chorobą będzie łatwiejsze. Wiem coś o tym :)

5. MOTYWACJA - bardzo ważna jest motywacja. Gdy odechciewa nam sie żyć, dużo czasu zajmuje nam myślenie o życiu. Najczęściej o tych złych jego aspektach. Zapominamy o wszystkim, co dobre. Zamazujemy pozytywne wspomnienia. A takie też były w życiu. Podczas, gdy ja smuciłam się po urtacie dziadków...z czasem zaczęłam przywoływać wspomnienia z nimi. Wspólne święta, opowieści, wspólne oglądanie Melodii w dzieciństwie. Jakoś te wspomnienia bardzo krzepiące były. Ale nie zapominajmy tez o naszym obecnym życiu i  starajmy sie żyć tym, co w przyszłości. Mamy dla kogo żyć. Ludziom, którzy mają dzieci czy miłość (chłopaka/dziewczynę czy żonę/męża) łatwiej wrócić do siebie, niż takim samotnym duszom, jak ja. Macie dla kogo żyć. Ja nie miałam. Ale wtedy zaczęłam myśleć, że nikt za mnie życia nie przeżyje. To nic, że sama. Ale mam przyjaciela. Z jego towarzystwem nigdy nie czuję sie tak zupełnie sama. 

Długo bym tak mogła jeszcze pisać. Pewnie chaotycznie to wyszło, co napisałam. Mam nadzieję, że zrozumiecie intencje moich słów. Jakby ktoś potrzebował pomocy i wparcia, to możecie śmiało pisać :) Pozdrawiam, do następnego postu. 

06 października 2017

Tajemnice mojego sukcesu w Jaka to melodia?

Witam! 



Dawno, bardzo dawno mnie tu nie było. Przyznaję się bez bicia, że nie miałam weny twórczej do pisania, nawet książki, którą zaczęłam pisać, publikowałam tu kilka rozdziałów, chwilowo przestałam. Nie bez powodu. Przez ostatnie miesiące poświęcałam się tylko jednemu - chciałam odnieść sukces, wygrać w programie Jaka to melodia?, który od wielu lat jest moją pasją. Mogę śmiało powiedzieć, podkreślić, że było moje takie marzenie marzeń. Coś największego, a zarazem najtrudniejszego w spełnieniu jego. Dziś chciałabym opowiedzieć, co dokładnie zrobiłam, by osiągnąć to, co tak bardzo chciałam od 20 lat, tak, dokładnie tyle, ile istnieje program. Jednocześnie chcę dać Wam kilka porad o tym, jak się nie poddawać. Każdy z Was może sięgnąć po najodważniejsze marzenia, trzeba tylko chcieć i ani przez chwilę się nie poddać. Ten post kieruję głównie do moich znajomych, którzy wiedzą, jak bardzo chciałam osiągnąć to, co osiągnęłam. Ale też do osób, które być może przypadkowo tu weszły i szukają natchnienia do dalszego życia. 


POCZĄTEK MARZENIA

Odkąd zaczęłam oglądać Melodię, a było to dokładnie wtedy, kiedy program rozpoczął swoje istnienie...nie wiem w którym dokładnie to było dniu, ale 1997 rok pamiętam. Miałam wtedy 10 lat. Przychodziłam ze szkoły do domu, odrabiałam lekcje a po nich mogłam oglądać TV (nigdy odwrotnie ;)) czyli własnie Melodię a potem Dobranockę. Zawsze była to moja ulubiona pora dnia, taki relaks po całym dniu. Jak jeździłam w odwiedziny do babci i dziadka, to z dziadkiem oglądałam Melodię. Wtedy podziwiałam ludzi, którzy brali udział w programie i znali te wszystkie piosenki, o których ja wtedy nie miałam pojęcia. Wówczas jedynymi piosenkami jakie kojarzyłam były melodie Majki Jeżowskiej czy inne dziecięce. ;) Taki beztroski czas, ale jestem wdzięczna, że Melodia stopniowo ukształtowała mój gust muzyczny. Oprócz samej gry, bardzo lubiłam wsłuchiwać się w przepiękny głos Roberta, gdy śpiewał wszystkie piosenki w programie. Od zawsze jego głos budził we mnie ciepłe uczucia, bardzo przyjemnie sie słuchało. Wtedy pomyślałam, że "szkoda, że jestem za mała, by wziąć w nim udział. Chciałabym usłyszeć jak Robert śpiewa" ;) Tak, i to jest prawda. Najbardziej, co mnie przyciągnęło do programu to chęć poznania prowadzącego. Bardzo Cię serdecznie pozdrawiam, Robert, jeśli to czytasz ;) Wtedy nie sądziłam,że moje słowa kiedyś się spełnia. A nawet więcej, że będziesz moim przyjacielem i zmienisz moje życie o 180 stopni. Dziękuję za pomoc we wszystkim i wielkie wsparcie w życiu, jakiego nigdy nie otrzymałam od innych ludzi. 

Wracając to moich początków marzeń o występowaniu w Melodii...kolejnym bodźcem, który nakręcał mnie do tego marzenia, byli ludzie, którzy mi dokuczali i źle życzyli w życiu. Nie będe podawać kto to był, ale niestety życie nie należy do łatwych, kiedy znikąd nie ma się wsparcia w swoich marzeniach. Nie w każdej rodzinie rodzice rozumieją dziecięce marzenia. Generalnie zawsze musiałam być sama, mierzyć się z tym, by zawsze pozostać sobą, mimo wielu ograniczeń kiedyś. Dodatkowo szkolne czasy też nie były łatwe. Zwykle odstawałam od rówieśników, byłam nieśmiała, czułam się sama..mało kto chciał się ze mną przyjaźnić. Nie miałam komu się zwierzać ze swoich smutków rodzinnych. A dodatkowo nie miałam nikogo bliskiego z zewnątrz. Zamknęłam sie w sobie jeszcze bardziej...ale wtedy jeszcze bardziej otworzyłam sie na muzykę. Tak, jedynymi rzeczami, które mnie wtedy pocieszały, było słuchanie Bajmu, oglądanie Melodii i nauka biologii oraz czytanie o podróżach. Tylko wtedy czułam wolność i szczęście, choć mało kto o tym wie. I właśnie wtedy pomyślałam o tym, że chciałabym kiedyś występować w telewizji, że będe na tyle odważna, pokonam tremę, nieśmiałość i swoje kompleksy. Ludzie, którzy mnie nie znosili i rodzina, w końcu zobaczą, ile jestem warta. Miałam niskie poczucie wartości, ale też nie było ono bez powodu. Czułam, że może dzięki Melodii albo sympatii do Bajmu coś ważnego osiągnę dzięki temu. Zawsze marzyłam o poznaniu Roberta albo Beaty. To ludzie, jedyni, którzy wtedy wiele zmienili w moim życiu, choć wtedy ich nie znałam. Swoimi piosenkami i ciepłem głosów dodawali mi sił, przy nich płakałam codziennie wieczorami. Dlatego są tak dla mnie ważni. Wspaniale było rok temu wystąpić w odcinku, w którym mogłam w jednym miejscu i czasie spotkać ich obydwoje <3 Dziękuje za tamte magiczne chwile. 



DĄŻENIE DO GŁÓWNEJ WYGRANEJ 

Życie przyniosło mi w ostatnich latach dużo niespodzianek. Od kilku lat mam przyjemność być związana z Melodią. Początkowo przyjaciółka zachęciła mnie do tego, żebyśmy przychodziły na publiczność Jaka to melodia? W końcu to nasz ulubiony program. Mogłam w nim poznać ulubionego prowadzącego ;) i wtedy nie sądziłam, że nasza znajomość tak pięknie się rozwinie. Życie jednak jest magią. Jednak po 2 latach oklaskiwania innych zawodników przyszła chęć, żeby samemu stanąć na stanowisku zawodnika i odgadywać piosenki. Siedząc na widowni i słysząc piosenki, prawie wszystkie melodie były dla mnie łatwe do odgadnięcia....ale kiedy przyszło do mojego pierwszego odcinka...wyszłam z przysłowiowym zerem. Po prostu pokonała mnie trema i stres. Łatwe piosenki okazały sie być wtedy za trudne. Jednak od tamtej pory zaczęłam się przygotowywać do programu. Zapisywałam piosenki do zeszytu i słuchałam bardzo dużo muzyki. Rok później całkiem dobrze udało mi się zagrać. W dwóch odcinkach, w pierwszym doszłam do finału, ale odgadłam tylko 3 piosenki. W drugim poszło znacznie gorzej, ale za to mogłam poznać osoby, z którymi się zaprzyjaźniłam. Zaczęłam wtedy jeszcze bardziej podziwiać osoby, które są w stanie znać wszystkie piosenki i do tego mają błyskawiczny refleks. Brakowało mi tych cech. No i oczywiście trema nadal była. Poczułam, że gdybym się postarała, może będzie lepiej. Na kolejny rok również uczyłam się długo, już od stycznia 2015, by po wakacjach być już dobrze nauczoną. Nie poszło mi najgorzej, być w 3 rundzie to też dla mnie sukces. Ale mimo to byłam rozczarowana sobą. Za mało sie przyłożyłam, ale już o wiele swobodniej czułam sie przed kamerą, a najbardziej odstresowuje mnie rozmowa z prowadzącym ;) To mój ulubiony element odcinka. Wtedy postanowiłam sie jeszcze bardziej zawiąść w sobie i pouczyć się tak, by umieć jak najwięcej piosenek oraz walczyć z tremą. Rok 2016 przyniósł mi piękną niespodziankę w postaci pięknego odcinka specjalnego z ulubioną piosenkarką Beatą Kozidrak. Byłam ogromnie szczęśliwa, że to właśnie mnie wybrano do tego odcinka. I choć nie byłam na imponującej ilości koncertów Bajmu (tylko 10, jak na razie), ale wtedy dużo osób mnie nazywało największą fanką Beaty, choć nie czułam sie taka. Owszem kocham ją i jej piosenki, ale znam osoby, które są o wiele większymi fanami Beaty. Zjeździli całą Polskę, mają na koncie z 40 czy 50 koncertów. Ja nigdy nie miałam tyle kasy, by pojechać na tyle koncertów. Ale każdą piosenkę Bajmu znałam na pamięć, bo wiele z nich uratowało moje życie, były dla mnie jak najlepszy psycholog, a Beata najlepszą przyjaciółką. I pomyślałam, że ten odcinek potraktuję symbolicznie, chciałam podziękować Beatce za wszystko, co jej zawdzięczam w życiu. A zawdzięczam to, że nauczyłam sie nie poddawać. Tego samego Robert mnie nauczył ;) I wtedy Beacie powiedziałam (miałam wówczas bardzo trudnego rywala, który wciskał przycisk z prędkością światła. Podziwiam ;)), że pieniądze nie są w tym programie najważniejsze, ale chwile, które przeżywamy. Byłam szczęśliwa, kiedy Beatka potwierdziła moje słowa. Nie jestem z tą myślą sama. Ale jednocześnie zrozumiałam,że sama siebie trochę okłamałam. Bo bardzo chciałam wygrać w Melodii. Choc raz usłyszeć fanfary i od Roberta magiczne słowo "wygrałaś". Marzyłam o tym też, by po tej wygranej Robert był ze mnie dumny. Tak, przyznam szczerze, że uznanie w oczach Beaty i Roberta to dla mnie coś ważnego. Bo wiele zawdzięczam tym ludziom. I wtedy pomyślałam, że zrobię wszystko, by na kolejny rok wygrać. Właśnie dla tych magicznych chwil i słów, nie dla samej kasy, choć to bardzo mi pomoże w kolejnych marzeniach, np kurs pilota wycieczek, kurs angielskiego, podróże zagraniczne <3 



MOJA METAMORFOZA

Kiedy spełniło się moje marzenie o odcinku specjalnym, zaczęłam snuć nowe plany na nowy rok. Obok zdobycia licencji przewodnika po Warszawie, marzyłam o wygranej. Jednak chciałam zrobić w tym roku coś jeszcze, a że właśnie w 2017 ukończyłam 30 lat, a jednocześnie mój ulubiony program końcu 20 lat, pomyślałam, że muszę coś zrobić z tych dwóch okazji. Żeby właśnie kolejny rok z "7" na końcu znów był szczęśliwy :) Zaczęłam od tego, że zapisałam się na siłownię. Chciałam coś zrobić dla siebie, dla swojego ciała. Pomyślałam, że zacznę przemianę od mojego wnętrza. Zauważyłam, że im więcej się ruszam, tym silniejsza się czuję. I to nie tylko siła mięśni, ale też siła wewnętrzna. Zobaczyłam,że siłownia daje mi nie tylko siłę, ale również radość. Taki rodzaj wysiłku bardzo dobrze na mnie działa. Od tamtej pory regularnie ćwiczę, traktuję to jako relaks. Im więcej się spocę na siłce, tym szczęśliwsza się czuję. Potem, wraz z wiosną postanowiłam zadbać o swój nowy wizerunek, kupić jakieś nowe ubrania, zacząć się malować, zadbać o włosy. Mniej więcej w tym samym czasie, na kursie przewodnika (oprócz zdobycia wiedzy o moim mieście) walczyłam też z tremą. W ogóle pierwsze trzy miesiące tego roku spędziłam na jednej "gonitwie" między pracą, kursami (wycieczki, wykłady) oraz siłownia wieczorami. Później, kiedy skończyła mi sie umowa w pracy, postanowiłam kolejne miesiące poświęcić na dokończenie metamorfozy oraz naukę piosenek do Melodii (a wcześniej na naukę do egzaminu na przewodnika, który był w czerwcu). Poświęciłam dużo. Pomyślałam, że "teraz albo nigdy". Postawiłam wszystko na jedną kartę. W tym celu słuchałam wielu motywujących piosenek np "Tamta dziewczyna" Sylwii Grzeszczak bardzo była dla mnie motywująca. Chciałam sie pokazać ludziom z innej strony. Ze strony zwyciężczyni. A także wiele innych np Michała Szpaka "Jesteś bohaterem", "Byle być sobą" i "Color of your life". Chciałam też tak jak Michał na Eurowizji osiągnąć sukces. Co prawda jej nie wygrał, ale zajął wysokie miejsce i zyskał uznanie ludzi. Pomagały mi też w tym piosenki Bajmu, a jakże i Feela "Pokonaj siebie", "Pokaż na co Cię stać", Dody "Nie daj się", "Szansa" i wiele innych. Od zawsze siłę czerpałam z muzyki. Kocham tą siłę, chciałam też pokazać, ze posiadam wiedzę muzyczną, tylko w parze z tremą było to niemożliwe ;) 
Mniej więcej od lipca zaczęłam jeszcze intensywniejszą pracę nad sobą. Wtedy jednak pojawiła sie plotka o tym, że Melodii już może nie być, a przynajmniej nie w takiej formie, jak do tej pory. Straszyli, że nie bedzie Roberta jako prowadzącego. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale zaczęłam myślec, że może nie jest mi dane wygrać w programie. Jednak, gdy potwierdziło się, że program będzie dalej taki, jaki był, to poświęciłam sie juz tylko jednemu celowi. Wszystko inne poszło na dalszy plan. Włożyłam w to naprawdę całą siebie. Każdą swoją komórkę mojego ciała. Dosłownie, nad refleksem pracowałam na siłowni. Na ćwiczenia  mięśni rąk poświęciłam więcej czasu niż na ćwiczenia odchudzające, więc pewnie dlatego, jeszcze nie ma imponującego efektu mojej figury, ale cóż. Wygrana była silniejszym bodźcem. Do tego od rana do nocy słuchałam muzyki, a to w internecie, w radiu, w tv. Wszystko sobie zapisywałam. Czułam, że to jest ten moment. Taki kulminacyjny mojej przemiany. Chciałam, żeby nastąpił on właśnie w moim ulubionym programie z moim ulubionym prowadzącym i przyjacielem w jednym ;) 



ZWYCIĘŻYĆ NAPRAWDĘ CHOĆ RAZ

Nie umiem opisać Wam samego przebiegu moich odcinków, a było ich aż 3, w tym jeden zwycięski. Próbowałam zebrać słowa, ale się nie da. Może moje zdjęcia pokażą więcej. Z resztą, ci co widzieli to wiedzą, jak było. Moge opisać jak teraz się czuję...a przyznam, że czuję sie...dziwnie...nigdy nie miałam takiego uczucia w sercu. Zawsze czułam sie przegrana, nie mam super życia, jak inni. Super chłopaka, nigdy nie wyjechałam na wakacje do Grecji czy Hiszpanii, spędzam je w pięknej Polsce, moje życie zawodowe jeszcze się nie ułożyło. Mam wiele rzeczy do naprawy. Ale jestem dumna z siebie, że dałam radę. Po nagraniu cały dzień płakałam, dosłownie. Nie umiałam się uspokoić. To było naprawdę marzenie marzeń. Pokonałam siebie i pokazałam na co mnie stać. Zwyciężyłam naprawdę choć raz i czuję i wiem, że życie piękne jest i wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń. Czego i Wam wszystkim życzę <3 Pozdrawiam.


26 maja 2017

RODZIAŁ 11

CZĘŚĆ II – KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ




Rozdział 11

Tomasz i Sandra skończyli właśnie próbę do nowego przedstawienia w Teatrze Syrena. Spektakl pt „ Love and Italy” opowiadał o wielkiej miłości dwojga ludzi. On – Marcus – był zawodowym piłkarzem. Ona – Julia – była projektantką mody. Cała akcja toczy się w Wenecji – mieście zakochanych. Tam się poznali podczas wakacji. I tam postanowili zamieszkać, choć oboje pochodzili z dwóch różnych części słonecznej Italii. Marcus z małej wioski na Sycylii, a Julia z bogatej rodziny mieszkającej w Rzymie. Oboje uznawali, że Wenecja to najpiękniejsze miasto na Ziemi, miejsce, gdzie spełniają się marzenia o wielkiej miłości.
Był to spektakl, do którego Tomasz napisał scenariusz. Od kiedy Marek, dyrygent teatralny, pozwolił mu przychodzić na próby, młody chłopak mógł czerpać wiedzę i inspirację do swoich scenariuszy. Był zachwycony wysokim poziomem gdy aktorskiej ludzi, którzy tu pracują. Pomyślał, że mógłby napisać próbny scenariusz do wystawienia na deskach tego teatru. Pisał go dniami i nocami, na wykładach i w kawiarni. Do późnych godzin nocnych opracowywał swoje teksty. Rozpisał nawet dialogi postaci trzecioplanowych.
Gdy skończył pisać, przyszedł z gotowym scenariuszem do domu Marka i Sandry.
- Panie Marku, może zechciałby pan rzucić okiem na moje dzieło? – zaproponował Tomasz
- A cóż to ram napisałeś? – zapytał dyrygent
- Proszę przeczytać i ocenić. Za dwa dni przyjdę na próbę, to mi pan odda.

DWA DNI PÓŹNIEJ

Tomek wyszedł prędko z domu i popędził na siłownię. Wcześniej wstąpił do kwiaciarni, kupił bukiet świeżych tulipanów dla ukochanej Sandry. Gdy spotkali się na siłowni, dziewczyna była zaskoczona pachnącym prezentem.
- Dziękuję, Tomeczku! – powiedziała Sandra, która natychmiast odwdzięczyła się mu słodkim buziakiem.
Tomasz i Sandra byli razem od kilku miesięcy. Oboje bardzo do siebie pasowali. Mięli wspólne pasje. I choć Sandra nie przepadała za śpiewaniem, ale za to lubiła grę aktorską. Zawsze chciała być jedną z aktorek w teatrze. Razem czuli się ze sobą bardzo dobrze, spotykali się prawie codziennie. Jak nie w teatrze, to w klubie sportowym, albo w kawiarni, w której pracowała Sandra.
Sandra była bardzo zadowolona ze swojej pracy. „Kawiarnia to jest to, co lubię. Kontakt z ludźmi, przyjazna atmosfera i karta zniżkowa dla pracowników”, cieszyła się dziewczyna. Nie zarabiała dużo, ale jakieś swoje pierwsze pieniądze miała. Odkładała je skrupulatnie na swoją pierwszą podróż zagraniczną. Swoją i Tomka. Wyjechali razem na kilka dni do Włoch. Tam byli bardzo szczęśliwi. Ich radość połączona z włoskimi promieniami słońca i ciepłymi wodami Morza Śródziemnego dała oszałamiający efekt. W tym czasie Tomek napisał kolejny scenariusz. Tym razem nie pokazał go Markowi. Zrobiła to za niego Sandra, a właściwie w tajemnicy przed nim, po powrocie z Włoch. Tata Sandry przeczytał go kilkukrotnie i wykrzyknął:
- To musi być nasz następny spektakl! To jest genialny scenariusz!
- Mówiłam, że Tomek to zdolny chłopak. – mówiła dziewczyna
- Córeczko, porozmawiam z dyrektorem i wtedy powiemy Tomkowi o naszej niespodziance – mówił Marek.

Tymczasem Tomek w domu rozpaczliwie szukał swojego scenariusza. Przeszukał wszystkie zakamarki swojego pokoju, a nawet u rodziców. „Gdzie mógł się podziać?”, zastanawiał się. „Zostawiłem go wczoraj na biurku, gdy przyszła Sandra. Tak, Sandra mogła go wziąć”
I wtedy wyciągnął komórkę:
- Cześć Słoneczko, czy nie widziałaś przypadkiem mojego scenariusza z Włoch? – zapytał
- Cześć Tomuś! Jak chcesz poznać odpowiedź to musisz do nas przyjść. – powiedziała Sandra.
Chłopak czym prędzej włożył na nogi ulubione trampki i pomknął na Puławską, gdzie mieszkała jego ukochana z ojcem. Niestety nikt nie otwierał mu drzwi, gdy zadzwonił na domofon. Gdy wychodziła z bloku jakaś kobiecina, wszedł do środka i pojechał windą na 4 piętro. Gdy podszedł pod dom nr 77, przywitała go głucha cisza. Wtedy jeszcze raz zadzwonił do Sandry.
- Halo? Gdzie jesteś? – powiedział do telefonu
- A gdzie Ty jesteś? – zapytała Sandi
- No pod Twoim domem. Chcę mój scenariusz. – niecierpliwił się Tomasz
- Hahahahaha – zaśmiała się dziewczyna
- Co w tym śmiesznego?
- Ach Ty głuptasie! Chyba nie zapomniałeś o dzisiejszej próbie? – zapytała
- No…nie… ale powiedziałaś „przyjdź do nas”, myślałem, że chodzi Ci o Twój dom.
- Jak rozmawiałeś wcześniej ze mną, to byłam w domu. Owszem. Ale teraz mamy próbę.
- Skąd miałem wiedzieć, że dziś też jest próba. Nikt mnie nie poinformował? – żalił się Tomcio
- Oczywiście! Do nowego spektaklu.
- Jakiego znowu spektaklu? – zdziwił się Tomek
-To jak, będziesz tak marudzić, czy chcesz swój scenariusz? – Sandra uwielbiała się z nim droczyć.
- No… chcę.
- Ach Tomuś, Tomuś! Ktoś mi tu wygląda na zakochanego! – ciągnęła dalej dziewczyna
- A wiesz, że to możliwe. – uśmiechnął się Tomek
- To wsiadaj w tramwaj i przyjeżdżaj do Syrenki.

Gdy Tomek przyjechał do teatru, nie spodziewał się niespodzianki. Nie aż takiej. Nie miał przecież tego dnia urodzin.
- Zagramy dziś Twoją sztukę, Tomaszu! – przywitał go Marek
- Ten scenariusz jest genialny – dodał Filip, scenarzysta
- Musisz w nim zagrać główną rolę – dodali razem Marek i Sandra.

Tomasz nie wiedział, co powiedzieć. Nawet nie przypuszczał, że sprawy tak się potoczą. Jego prawdziwe marzenia są coraz bliżej ich realizacji. „To wszystko dzięki Sandrze, będę musiał się jej jakoś odwdzięczyć”, myślał.
- Możesz mi się odwdzięczyć w postaci wypadu do kina, co Ty na to? – mówiła Sandra
- Matko jedyna! Czy Ty umiesz czytać w cudzych myślach? – zdziwił się Tomasz
- W Twoich na pewno! – odrzekła Sandi.

I poszli razem do kina. 

25 maja 2017

Rozdział 10

ROZDZIAŁ 10




Kasia leżała na łóżku w swoim pokoju i płakała. Płakała nad swoim losem. „Czemu moje życie nie jest takie, jak Natki? Ona ma wszystko, szczęśliwą rodzinę, pieniądze, a teraz wyjechała do Warszawy. I nawet ma chłopaka”, myślała. Szkoda tylko, że zapomniała, że ma przyjaciółkę. Przestała dzwonić. Mogła oglądać tylko jej zdjęcia na Facebooku. Wszędzie razem „Natka i Adaś”, tak zawsze się podpisują na zdjęciach. „A ze mną nie wrzuciła żadnych, a przecież tyle lat spędziłyśmy razem…”, płakała Kasia.
- Dlaczego ja nie mogę pojechać do Warszawy? – pytała sama z siebie
Wcześniej myślała nad swoim planem małej ucieczki do stolicy. Nie będzie jej tylko kilka dni, chciałaby zapoznać się z warszawskim wielkomiejskim życiem i wróci. Tylko na chwilę. Wcześniej myślała, żeby odwiedzić Natalię, ale chwilowo ich relacja nie była w najlepszej kondycji. Wymyśliła, że powie mamie, że odwiedzi przyjaciółkę, chociaż to będzie kłamstwo. Dzięki temu łatwiej jej będzie wyrwać się z domu. „Tylko kto pomoże mamie w gospodarstwie”, zastanawiała się Kasia.
Sylwia i Magda Kwiatkowskie były bliźniaczkami. Trudno było je odróżnić, gdyby nie inne ubrania, to nikt by ich nie rozpoznał.
- Nie rozumiem, czemu bliźnięta ubierają się zawsze tak samo – mówiła Sylwia do siostry
- Cześć dziewczyny! – przywitała się z nimi Kasia.
- Hello! – odpowiedziały siostry
Sylwia i Magda były koleżankami Kasi. Śpiewały razem z nią w chórze kościelnym.
- Do mszy zostało jeszcze 20 minut. Chodźmy na zewnątrz, muszę Wam coś powiedzieć – powiedziała Kasia do dziewczyn.
- Co takiego? – i popędziły za Kasią na kościelne podwórko
Kasia opowiedziała im o swoim planie. Poprosiła o pomoc siostry przy domowych obowiązkach, podczas gdy jej nie będzie na wsi.
- Bez problemu, Kaśka! – mówiła Magda
- Damy radę – zawtórowała jej bliźniaczka
- Jest nas dwie. Kto, jak nie my, może Ci pomóc. Możesz na nas liczyć.
- Dziękuję. Dobrze wiedziałam, kogo prosić. – uśmiechnęła się Kasia.
Tylko jak powiedzieć o tym mamie?

Gdy po mszy poszły razem do domu Kasi, jej matki nie zastały w domu. Siedziała sobie na werandzie i popijając herbatkę, miło gawędziła z sąsiadką Wandą.
- No, ale chyba należy się jej trochę wolnego czasu… - mówiła Wanda do Anny
- Nie ma mowy, Kaśka musi pracować. Tu jest jej miejsce – odpowiedziała.
- Jest już dorosła. Pozwól jej na to. Na odrobinę wolności – radziła sąsiadka.
- Właśnie! Dlatego praca – to jest dorosłość. Nie obijanie się!!! – warknęła Anna
- Może Ty choć odrobinę popracuj, dla odmiany. Tylko leżysz i leżysz. Narzekasz na swoją córkę, a przecież robi, co może. Spójrz na swoje dziecko uważniej. Ona chce być szczęśliwa, tak, jak inne koleżanki – mówiła Wanda.
- Ja też chciałam być szczęśliwa. Myślałam, że Warszawa da mi szczęście i spełnienie… ale – i w tym momencie Anna zaczęła płakać. Zdarzyło się to chyba pierwszy raz od bardzo dawna. 
 - Mamo! – wykrzyczała Kasia
- Pani Aniu – dodały siostry bliźniaczki
I wszystkie trzy zaczęły tulić Annę z całych sił. Gdy się uspokoiła i wyżaliła wszystkim tu obecnym… wtedy jakby wielki głaz spadł z jej serca. Dawno nie płakała. A teraz poczuła ulgę. Jej wszystkie złe i przykre wspomnienia z dawnego życia jakby w jednej chwili odeszły...przestały sprawiać ból. Anna w milczeniu przeżywała wszystko, potrzebowała chyba wypłakać się wreszcie ze wszystkiego, co złe było w jej życiu. 

Anna wyraziła zgodę na wyjazd córki do Warszawy. Na kilka dni. Sylwia i Magda oraz Wanda obiecały jej pomagać. A tym samym Kasia miała tydzień wolnego czasu. Tydzień tylko dla siebie. „Cały tydzień tylko dla siebie, kocham Cię Warszawo, już do Ciebie jadę”, myślała uradowana Kasia.

Kaśka w życiu nie była bardziej szczęśliwa. Zaczęła się pakować i szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Zapisała sobie wszystkie miejsca, jakie chciałaby odwiedzić w stolicy. Jej marzenie nareszcie się spełni. Choć tylko na krótko, ale zawsze coś.

I tak Kasia na drugi dzień pojechała rowerem do Nowego Miasta. Tam zostawiła swój pojazd i przesiadła się do busa, który zawiózł ją prosto do Warszawy. „Stolica będzie moja! Przez kilka dni oczywiście…”, myślała, wreszcie szczęśliwa, Kasia. 

14 maja 2017

Rodział 8 i 9




ROZDZIAŁ 8

Natalia zamieszkała w Warszawie. Wynajęła kawalerkę na Woli, gdzie też pracowała w jednym z butików w Wola Parku. Ta praca była idealna dla niej. „Na wakacje w sam raz”, myślała Natka. Do rozpoczęcia studiów zostały jeszcze 3 miesiące. Teraz czas wykorzystać maksymalnie najdłuższe wakacje życia. Natalia bardzo lubiła swoją pracę, chętnie doradzała ludziom, co powinni kupić.
- Czerwona sukienka będzie idealna dla pani na wesele! – mówiła do klientki
Ludzie bardzo lubili jej rady. Jednak koleżanki z pracy były nieco zazdrosne. Też by chciały być chwalone przez kierowniczkę. Być odważne, jak Natka i mieć dobry kontakt z klientami. Natalia po pracy nie siedziała sama w domu. Lubiła chodzić do klubów. Była sama, nie miała przy sobie żadnej koleżanki. Jednak nie przeszkadzała jej samotność. Wręcz przeciwnie. Panowie kręcili się wokół niej, chcieli z nią tańczyć i śpiewać. Nawet sama Natalia nie spodziewała się, że umie śpiewać. „Szkoda, że Kaśka mnie nie słyszy”.
Natalia poznała w klubie Adama. Miał jasne włosy, 180 cm wzrostu i miał wesoły uśmiech. Po imprezie Adam zaproponował Natalii odwiezienie do jej domu.
- Zgoda… nie dam rady dojść o własnych nogach. – mówiła do chłopaka
- No to jedziemy razem! – ucieszył się
W samochodzie Natka opowiedziała o sobie Adamowi. Ten był raczej spokojnym chłopakiem, Bywał czasem w klubach, głównie po to, aby poznać dziewczynę. Jednak był nieśmiały. To jakiś cud, że zagadał do Natalii. Wpadła mu w oko… był nią zachwycony.
- Co studiujesz, jeśli można spytać? – zapytała dziewczyna
- Prawo na UW – odpowiedział jej
- Ooo to muszą być ciężkie studia
- Tak… cała masa nauki, nie bardzo to lubię, ale pochodzę z rodziny prawników. Ciężko się wyłamać – mówił Adam.
- A co byś chciał najbardziej studiować?
- AWF! To jest to, co chcę robić. Sport uwielbiam od małego. Najpierw kopałem piłkę z kolegami, potem doszedł basen i karate. – wyliczał Adam
- A nie możesz rzucić prawka i pójść tam, gdzie chcesz? Po co się męczysz?
- Oj kochana, gdyby wszystko było takie proste, jak myślisz.
- Życie nie jest proste. Może właśnie dlatego warto o nie zawalczyć. Każdy z nas ma prawo być, kim zechce. Nikt nas nie może ograniczać. Jeden chce śpiewać, drugi być aktorem, lekarzem, sportowcem. Ja kocham modę, dlatego tu jestem. Przeprowadziłam się ze wsi tutaj by spełnić się w roli modelki. To nie rodzice powinni wybierać za nas przyszłość, tylko my sami.
Adam, zamyślony, wpatrywał się w dziewczynę.
- A wiesz, że niegłupio mówisz.
- Wiem! – odpowiedziała pewna siebie Natalia.
Natalia zaprzyjaźniła się z Adamem. Wymienili się numerami i często ze sobą rozmawiali. Razem wychodzili na zakupy albo do kina. Nie byli parą, ale parą dobrych przyjaciół. Chyba dobrze się rozumieli. Przy Adamie czuła się bezpieczniej w tym wielkim mieście. Poczuła, że wszystko idzie zgodnie z jej planami.



ROZDZIAŁ 9 

Tymczasem Sandra weszła do kolejnego butiku w Galerii Krakowskiej. Dziewczyna wyjechała na kilka dni po kryjomu przed ojcem do Krakowa.
- A co? To już wyjechać nigdzie nie mogę? – powiedziała do siebie Sandra
Ucieszyła się, że dostała pracę w kawiarni. Miała zacząć od przyszłego tygodnia, więc cały weekend miała dla siebie. Postanowiła uczcić to w postaci podróży do Krakowa. Wzięła swoje oszczędności i pojechała pociągiem. Sama! Wreszcie bez ojca! Chciała sobie kupić nowe ubrania, postanowiła też wybrać się na spacer po starówce i nad Wisłą. Nie chciała nocować w żadnym hotelu. „To za drogie dla mnie. Lepiej spędzę noc w klubie”, myślała. Sandra wreszcie cieszyła się pełnią życia. Wolnością. „Chcę być wreszcie sobą”.
Nie odbierała telefonów, chciała spędzić ten czas tylko sama ze sobą. Zero zmartwień, zero telefonów, zero taty. „Tylko ja i Kraków!”.
Jednak czas wycieczko dobiegł końca i musiała wrócić do Warszawy. Gdy weszła do swojego mieszkania nie zastała w nim ojca. „Gdzie też mógł się podziać o tej porze?”. Przecież jest poniedziałek rano, teatr zamknięty. Sandi wyciągnęła z torebki swój telefon i zadzwoniła.
- Córeczko… jak dobrze Cię słyszeć!!! – krzyczał uradowany Marek do słuchawki.
- Tatku… - wyjąkała
- Gdzie się podziewałaś przez tyle czasu?
- W Krakowie byłam – odpowiedziała.

Ojciec czym prędzej wrócił do domu, by uściskać swoją ukochaną Sandrunię.
- Martwiłem się o Ciebie, nie dawałaś znaku życia – powiedział Marek po wejściu do domu.
- Wiem, ale gdybym zapytała, czy pozwoliłbyś mi jechać samej do Krakowa, zgodziłbyś się? – zapytała ojca
- Nie!
- No własnie! Zrobiłam więc dokładnie to, co mi radziłeś zawsze. „Gdy drzwi są zamknięte, szukaj wyjścia oknem”.
- … - zamilczał Marek
- Nie mogłam czekać. Patrz, ile ciuchów kupiłam. Śliczna ta sukienka w kwiatki, prawda? – Sandra była cały czas w dobrym humorze.
Marek martwił się o córkę, a raczej bał się, że dorasta. Nie chciał jej stracić, nie chciał, żeby dorosła i go opuściła. Sandi zawsze będzie jego małą dziewczynką.
Tymczasem Tomek zadzwonił jeszcze raz na numer ojca Sandry.
- Halo… tu Tomek, czy Sandra już się odnalazła? – zapytał
- Wpadnij do nas, jak chcesz poznać odpowiedź? – zaproponował uradowany Marek.
Tomek wytrzeszczył oczy do swojego smartfona. „Jak to?? Wpadnij do nas?? Przecież ten gościu mnie nie znosi?”, myślał. „To pewnie pułapka. On czegoś ode mnie chce”. Ale skorzystał z propozycji dyrygenta.
Gdy znalazł się już pod ich domem, Marek przywitał go szerokim uśmiechem.
- Sie masz, Tomasz! – i poklepał go po ramieniu
- Witam pana. – odpowiedział.
- Możesz mi mówić po imieniu – zaproponował chłopcu
- Ale jak to?
- A tak to… słuchaj, Tomku….
Marek odbył z Tomkiem długą rozmowę. Opowiadał mu o Sandrze, o chorobie jej matki i żony dyrygenta, o tym, że boi się o przyszłość swojej córki. Widać było jak bardzo przeżywa dojrzewanie Sandry. Mówił też o teatrze, o swojej pracy, przy czym oczy miał pełne łez… chyba potrzebował porozmawiać z kimś o swoim życiu, zwierzyć się. Opowiedzieć komuś swoją smutną historię. Potrzebował bratniej duszy i poczuł, że Tomek go wreszcie zrozumie. Poczuł do niego zaufanie podczas wspólnych poszukiwań Sandry.
- Dobry z Ciebie chłopak, Tomku
Tomek objął ramieniem Marka i aż nie wiedział, co powiedzieć. Nie przypuszczał, że z Marka taki wrażliwiec. Zwykle dawał się poznać twardy, pewny siebie mężczyzna. Był profesjonalistą w swoim fachu. A tymczasem w głębi duszy to taka sama wrażliwa istota, jak my wszyscy. Bo przecież każdy z nas jest w jakimś stopniu wrażliwy, czuły. Wszyscy mamy takie same emocje, serce i duszę. Tylko wielu ludzi kryje tą stronę swojego serca, zakładając maskę. Udając twardziela. Tak łatwiej iść przez życie. Jeśli ktoś tak potrafi. Tak naprawdę ci ludzie, którzy są aroganccy, niemili, nieuprzejmi, nie znoszący sprzeciwu są bardziej wrażliwi niż typowi wrażliwcy. Tylko ukrywają to przed światem. Płaczą zamknięci w swoim pokoju. Tacy ludzie zostali skrzywdzeni w jakiś sposób przez życie. W taki sposób bronią się przed światem. Tak im serce nakazuje, ale czasem przychodzi moment krytyczny. Tak, jak ucieczka Sandry z domu, która wywołała w Marku pierwsze łzy od czasu śmierci żony. Obiecał sobie wtedy, że nigdy nie będzie płakać. Nie zrobi tego. To źle wpłynie na dziecko. Musi być twardy i niezłomny. Te łzy wywołane były przez poczucie winy, że był złym ojcem… może za bardzo wczuł się w tę rolę, ale przecież nie miała mamy. Marek miał podwójną rolę do wykonania.
- Przepraszam Cię, Tomku. Nie wiedziałem, że moja córka Ci się tak bardzo podoba. Sądziłem, że…
- Że chcę ją wykorzystać? – zapytał Tomek
- Yyyy… no… nie..
- Ale przecież nie jestem złym chłopakiem. Już nie. Zmieniłem się. Sandra pokazała mi, że istnieje też inny świat. To znaczy Sandra i pan. Dzięki Wam pokochałem teatr. Aktorstwo to mój plan na przyszłość. Chciałbym kiedyś zagrać w prawdziwym teatrze. Tam są prawdziwe emocje. Nie chciałem skrzywdzić Sandry. Chciałem być bliżej prawdziwej sztuki teatralnej.
- Możesz przychodzić do nas na próby. Nie tylko do sali śpiewu, ale też do sali aktorskiej. Tam to dopiero będziesz w swoim żywiole.
Tak, jak powiedział, tak zrobił. Marek razem z Tomkiem poszli więc dziarskim krokiem, ramię w ramię, do Teatru Syrena. To było ich ulubione miejsce. Gdy wchodzili po schodach, ich oczom ukazała się piękna dziewczyna w różowej sukience i białych szpilkach. Jej długie blond włosy oplatały jej szyję i ramiona niczym boa. Oboje byli szczęśliwi, że ją widzą
- Kocham Cię, Sandra – wykrzyczeli razem chórem Tomasz i Marek.



13 maja 2017

Rozdział 7




Tomasz na dobre zakochał się w Sandrze. Uwielbiał jej włosy, promienny uśmiech i urodę. Jednak najbardziej kochał jej głos, uwielbiał jak śpiewa. Niestety, nie mogli się spotykać. Jej ojciec, Marek, nie znosił go. A myśl o tym, że jego córka mogłaby z nim być, była ponad jego nerwy. Tomasz miał tylko jedyną możliwość widywania się z Sandrą – słuchał jej w teatrze. Przychodził na przedstawienia regularnie, początkowo co tydzień, a teraz prawie codziennie. Wykupił nawet kartę stałego widza Teatru Syrena.
- Jestem taka dumna z dzisiejszej młodzieży – mówiła kasjerka do Tomka. – A jednak są tacy rodzynki, jak pan i przychodzą często do teatru.
- Teatr to moje życie – zażartował chłopak.
Od pewnego czasu Tomasz się bardzo zmienił. Nie chodził już tak często na imprezy. Ubierał się już inaczej, poważniej, skromniej. Przede wszystkim dużo myślał o Sandrze. Myślał, że jeśli się zmieni, to jej ojciec pozwoli mu być z Sandrą. Dużo czasu poświęcał na czytanie książek, co bardzo dziwiło jego rodziców. Na studia zaczął chodzić na wszystkie zajęcia. Chciał zostać prawnikiem! To idealny zawód, by wzbudzić zaufanie w ojcu Sandry.
Mało tego, Tomasz postanowił założyć swój kanał na You Tube. „Internet to wielka siła”, pomyślał. „Wtedy ona na pewno mnie zauważy”. Postanowił, że będzie nagrywać filmiki, w których będzie recenzował oglądane przez siebie filmy i spektakle. Chciał zachęcić młodych ludzi do obcowania z kulturą i sztuką. Tomasz kupił kamerę i zaczął kręcić swój pierwszy filmik. Opowiedział w nim swoją pierwszą wizytę w teatrze. Tydzień po ukazaniu się filmiku w sieci, mówili o nim wszyscy koledzy na uczelni:
- Stary! Czyś Ty zwariował? – przywitał go Stasiek
- Ty i Teatr? – odezwał się Maciek
- Dobrze się czujesz? – dodał Wiktor
- Jakie jaja??? Widzieliście wszyscy? „Wszyscy chodźmy do teatru. To cudowne móc oglądać na własne oczy sztukę teatralną”. Buhahahahaha – zaśmiał się najlepszy kumpel Tomka, Marcin.
- Rany… co z Wami? Mówicie tak, bo nie byliście nigdy w teatrze. W teatrze jest magia, tam wszystko jest takie prawdziwe, jak w życiu. – bronił się Tomasz.
Chłopak nie spodziewał się takiej reakcji. Może dlatego, że kumple znali go od innej strony. Sądzili, że zwariował i niedługo mu przejdzie. Nie zrażony niczym Tomasz myślał tylko o jednym: „Czy Sandra obejrzała jego filmik?”. Niech sobie gadają, co chcą. I tak nie mają pojęcia o niczym. Tomek myślał tylko o tym, by jego ukochana dostrzegła jego miłość do sztuki i zechciała przekonać do tego ojca, by mogła się z nim spotykać.
Tymczasem w teatrze chór przygotowywał się do kolejnego koncertu. Miał dziś próbę generalną przed nowym spektaklem. Chór zawsze towarzyszył aktorom na scenie, podczas każdego przestawenia.
- Śpiewacy i aktorzy to jak jedna rodzina, powinni trzymać się razem. – powiedział Andrzej, scenażysta, do Marka Kowalika.
- To prawda, Jędrusiu. – odpowiedział – i jedni i drudzy są artystami. Nie każdy aktor potrafi śpiewać i nie każdy śpiewak potrafi zagrać. Dlatego my mamy i jednych i drugich. Aktorzy wcielają się w swoje postaci, a chór im akompaniuje. Proste? – zapytał dyrygent
-  Jak drut, Mareczku kochany

- Tato, ale ja nie wystąpię – odezwał się kobiecy głos zza pleców dyrygenta.
- A dlaczego to, można wiedzieć, kochanie? – zapytał Sandry, Marek
- Mam dziś spotkanie w sprawie pracy. Rozmowa jest o 18.
- Ależ córeczko… tutaj masz pracę… mój chór… czy to Ci nie wystarcza, dziecinko? – mówił tata.
- Nie jestem dziecinką i Twój chór też nie. Przecież śpiewam tu za darmo, nic mi nie płacisz, jak innym. Potrzebuję kasy. – odpowiedziała niegrzeczna córeczka.
- Mieszkasz ze mną, po co Ci pieniądze?
- Chcę mieć SWOJE pieniądze, nie Twoje. Jestem dorosła. Potrzebuję zarabiać, jak każdy! A później wyprowadzić się z domu – mówiła dalej Sandra
- Wyprowadzić się? Ale jak to? Tak sama?
- Tak, sama. A co w tym dziwnego?
- Po co mieszkać samej, przecież masz ojca?
- Mam ojca, ale chcę mieć też przestrzeń dla siebie w życiu, a ty mi jej nie dajesz.
- Kochanie, mamy przecież taki duży dom…
- Nie o dom chodzi. Tato, nie dajesz mi prawa wyboru. Wszystko muszę robić, tak, jak Ty chcesz. Nie mogę robić tego, czego ja chcę. Spotykać się z chłopakami i chodzić na imprezy. Dość tego. Moje życie jest moje, nie Twoje. Potrzebuję woloności…
- Ależ córeczko – odpowiedział Marek.
Sandra jednak już tego nie usłyszała, wybiegła szybko z teatru i poszła do domu. Wzięła tylko swoją torbę, CV spakowała do teczki i pojechała tramwajem do Galerii Mokotów. Bardzo chciała pracować. Lubiła pracować… ale nie znosiła chóru i swojego ojca. Może nie jego osoby, ale jego rozkarów, decyzji i poleceń. Ma już przecież 20 lat! Jest dorosła!
- Dzień Dobry – przywitała się z kierowniczką kawiarni. – Przyszłam w sprawie pracy.
- Jasne, proszę usiąść. Porozmawiamy sobie. – odrzekła.
Sandra, wychodząc z galerii była bardzo szczęśliwa. „Chyba się spodobałam!”, uśmiechała się do siebie. Dostała pracę od razu… „Jakie to było proste, wystarczyło zaparzyć kawę trzem klientom”. Sylwia, kierowniczka kawiarni „Kawa i czekolada”, zamiast zadawania zbędnych pytań, postanowiła sprawdzić kandydatkę w praktyce. Poprosiła o zaparzenie kawy dla kilku klientów. Potem na parę minut stanęła na kasie…i dostała tę robotę.
- Proste? – zapytała Sylwia
- Proste! – odpowiedziała Sandra
„I tak powinny wyglądać rozmowy kwalifikacyjne. A właściwie to nie rozmowy, tylko konkretnie wykonane zadanie. Po tym powinno się sprawdzać, czy ktoś nadaje się do tej pracy, czy nie”, cieszyła się dziewczyna. Wreszcie uwolni się od ojca i będzie z Tomaszem. A jak! Ona nie zapomniała. Też o nim marzyła, tylko nie miała wyboru. Nie wiedziała, co robić. Bała się swojego zazdrosnego taty. „Może teraz się uda” – ucieszyła się, mając wielką nadzieję na wielką miłość, Sandra. 
Tymczasem Tomasz układał sobie w głowie, co ma powiedzieć do kamery. Przygotowywał bowiem swój kolejny filmik. Dodatkowo, postanowił opublikować swój numer telefonu, z nadzieją, że zadzwoni Sandra. Tomasz był pełen nadziei.
- Halo? – odezwał się głos w słuchawce Tomka, który był tak przejęty, że jego plan już zaczął działać tak szybko.
- Czy to Ty namówiłeś Sandrę, by zaczęła pracować? To na pewno Ty! Draniu jeden. Już ja ci pokażę. – krzyczał Marek do Tomka przez telefon
- To pan? Ale jak to…? – zająkał się Tomek
- Tak, to ja. Rozmawiasz z ojcem Sandry – mówił dyrygent.
- Ja nie mam pojęcia, gdzie jest Sandra. Sam jej szukam od wielu tygodni – powiedział z rozpaczą Tomasz
- Kłamiesz, na pewno wiesz, ukrywasz ją, tylko nie chcesz się przyznać. Mów mi zaraz, albo wezwę policję!!! – krzyczał Marek
- Nie mam z nią kontaktu. I proszę mi tu policją nie straszyć.
I położył słuchawkę. W takim razie oboje szukali Sandry. Odkąd dziewczyna wyszła na rozmowę o pracę, nie dała znaku życia. Nie wróciła na noc do domu. Ojciec bardzo się martwił. „Gdzie ona mogła pójść?”. Mówił Marek do siebie. I właśnie wtedy otworzył komputer i wtedy wyskoczył mu filmik Tomka. Pierwsze, o czym pomyślał, to że Tomek mógł ją namówić na randkę, a Sandra zbyła ojca pod pretekstem pracy. „Jest telefon! Zadzwonię to tego drania, niech mi odda moją córkę!”.
I tak się zaczęło wspólne poszukiwanie dziewczyny. Marek zadzwonił jeszcze raz. Tym razem był spokojny, wręcz z rozpaczą prosił Tomka o pomoc w poszukiwaniu córki. Był załamany. Oboje bardzo tęsknili za Sandrą. Postanowili razem jej poszukać.
- Mówiła, że jedzie do Galerii Mokotów – mówił Marek. – Tam zapytamy o nią we wszystkich kawiarniach.
- Dobrze, jak nie to pójdziemy do ochrony, niech pokażą filmiki z monitoringu. Może uda się wypatrzeć na nich Sandrę – zaproponował Tomek.
- Dobrze, a potem, jeśli się nie uda, dzwonimy na policję. – mówił ojciec dziewczyny. – Nie odbiera nawet telefonu. A może od Ciebie odbierze, ze mną nie chce gadać.
- Nie mam jej numeru. – mówił Tomasz
- Ale ja mam, dzwoń!
Jednak dziewczyna nadal milczała.
- Trzeba ją odnaleźć, żeby krzywdy sobie nie zrobiła ani ktoś jej coś złego nie zrobił.

Ojciec pomyślał, że pewnie nie dostała pracy i załamana gdzieś uciekła. Marek bał się stracić swoją jedyną córkę. Już jedną Sandrę stracił – swoją żonę. Nie chciał stracić drugiej. Chciał być z córką na zawsze, to jego życiowa miłość. Przecież każdy ojciec kocha swoje dziecko. Tym bardziej, gdy musi wychowywać je sam. Chciał być zawsze przy niej, nie spuścić z niej oka. Przyrzekł to sobie i swojej zmarłej żonie. „Będę się nią opiekował aż do śmierci…aż do śmierci”. 

12 maja 2017

ROZDZIAŁ 5 I 6 mojej książki

ROZDZIAŁ 5 



Natalia siedziała sobie w swoim pokoju i jak zwykle, co wieczór, oglądała filmiki modowe. Bardzo chciałaby też coś podobnego robić.
- Internet wiele daje dziś wiele możliwości. Może Cię zobaczyć cały świat – mówiła do Kasi przez telefon.
- To też zacznij robić coś w Internecie – poradziła jej przyjaciółka. – Kup sobie kamerę i zacznij nagrywać filmy. Zobaczysz, będziesz sławna!
- O tak! O niczym bardziej nie marzę! – odpowiedziała Natalia. – Kaśka, to kiedy przeprowadzamy się do Warszawy?
- Ja nigdzie nie jadę. Nie mogę… przynajmniej nie teraz. Mam tu pracę… w polu, zakupy robię, opiekuję się matką i braciszkiem. Nie mogę ich zostawić – mówiła Kasia.
- No, ja wiem, że nie teraz, już. Ale po wakacjach będziemy już świeżo upieczonymi warszawiankami – zadeklarowała Natka.
Natalia była inna od Kasi. Przyjaźniły się, owszem, ale nie można ich nazwać bratnimi czy siostrzanymi duszami. Były różne z charakteru i różne z wyglądu. Miały odmienne życie, mimo iż mieszkały w tej samej wsi Słoneczne Wzgórze. Kasia była spokojna, opanowana, pracowita. Nie lubiła się wyróżniać, ani sprzeciwiać innym. Zależało jej na dobru rodziny bardziej niż na swoich marzeniach, zaś Natalia była gwałtowna i porywcza. Lubiła być ważna; czuła, że jak ona czegoś nie zadecyduje za Kasię lub za nie obie, to nic z ich planów nie wyjdzie. Miała naturę przywódcy. Ot taka mieszanka charakterów, ale jak to mówią: przeciwieństwa się przyciągają.
Natalia była jedynaczką, co jest raczej nietypowe na wsi, gdzie rodzice mają po kilkoro dzieci. Mama Natalii była krawcową. Bardzo lubiła szyć na maszynie, sprawiało jej to przyjemność. Od małego lubiła szyć, najpierw ubrania dla lalek, co roku w wakacje szyła im nowe letnie sukienki, a zimą nawet płaszczyki. „Zuzi będzie zimno tylko w sukience, kiedy pada śnieg”, wspominała Wiesia dawne czasy. Później już dla dorosłych. Szyła dla znajomych i rodziny. Sąsiadki lubiły do niej przychodzić po nowe sukienki. Za swoje ubrania Wiesia brała niewielkie pieniądze, wręcz groszowe ceny. Jej mąż Wojciech zawsze mawiał, że za mało docenia swoje umiejętności. Jednak Wiesia wolała być skromna niż bogata.
- Gdybym mieszkała w Warszawie i szyła ubrania, to bym pewnie więcej brała za swoje usługi, ale tutaj? Na wsi? Ludzi bieda zżera, więc co ja mam zrobić? A ludzie potrzebują ubrań. – mówiła Wiesia do męża
To po mamie Natalia odziedziczyła zamiłowanie do mody. Lubiła oceniać stroje koleżanek czy sąsiadek. Była przy tym bardzo szczera:
- Pan Basiu, zielony z czerwonym bardzo się gryzie… lepiej będzie w czarnej spódnicy – mówiła Natalia. – Ciociu, powinnaś nosić krótsze sukienki, ta jest za długa i za szeroka. Pokaż swoje piękne nogi.
I tak wszyscy brali do serca jej rady.
Jednak ciągnęło ją do wielkiego świata, czuła, że w stolicy jest dla niej miejsce. Chciałaby wyjechać już teraz, jak najprędzej.
- Po co mi matura… można bez niej  żyć, a tam do kariery modelki nie jest to potrzebne, tylko długie nogi, zgrabne ciało i odrobinę wdzięku. To wszystko posiadam. Jedźmy Kaśka – mówiła dalej do przyjaciółki.
Natalia mówiła o tym rodzicom, że chciałaby wyjechać, ale zgodzili się pod warunkiem zdania matury i że rozpocznie w Warszawie jakieś studia. Zacznie pracować i zarabiać na siebie. Dlatego Natka czekała już tylko na koniec roku szkolnego. A był kwiecień. „Już niedługo! Wielki świat czeka”, pomyślała. „Nie muszę wlec wszędzie za sobą Kaśki. Sama sobie poradzę. Niech ona sobie tu zostanie, jak tak bardzo chce. Droga wolna”.

Nic nie powstrzymywało jej od tych planów. Niestety opornie jej poszło wzięcie się za naukę do egzaminów. W końcu bez matury nie pojedzie do Warszawy. Zastanawiała się tylko, jakie studia wybrać.
- Pierwsze lepsze, byle łatwo przepuszczali na egzaminach – mówiła do Kasi, gdy weszła teraz do jej pokoju.-  Jeśli chcesz coś robić dalej w branży modowej, to może idź w tym kierunku; albo kosmetologia czy wizaż.
- Ale to prędzej na prywatnych uczelniach… nie chcę płacić za studia. – mówiła Natka.
- Nie martw się, inni jakoś dają radę, to i Ty dasz.  – radziła przyjaciółka

- Zamieszkam w kawalerce, nie znoszę panoszenia się innych po domu. Wolę sama mieszkać. W wakacje wszystko sobie zorganizuję, znajdę pracę i nowy dom. Wszystko będzie po mojemu. Na reszcie będę wolna!!! 


ROZDZIAŁ 6

I tak, jak zaplanowała, tak zrobiła. Matura poszła jej gładko. Nie to, co Kasi. Kasia oczywiście również zdała, ale jej wyniki nie były zadowalające. Była trochę zazdrosna o Natalię. Kasia tyle czasu poświęcała na naukę, a do tego ciężka praca w domu i na polu. Kasia ledwo wiązała koniec z końcem. Mama Kasi, Anna, wciąż wydawała jej polecenia „wynieś, przynieś, pozamiataj!. Tu jest bałagan, zrób coś z tym”. Kasia nie mogła się z tym pogodzić, ze swoim losem. Choć nikomu się z tego nie zwierzała, nawet przyjaciółce. Nie mogła śpiewać w domu, ciągle praca i praca. Braciszek Mikołaj jest niesłyszący, więc nie może nawet z nią porozmawiać. Jeździ co kilka dni na warsztaty dla niepełnosprawnych. Zajęcia te odbywają się w pobliskiej miejscowości Nowe Miasto. Z tego ośrodka przyjeżdża busem kierowca, który zabiera Mikołaja i inne dzieci z okolicy, którym potrzebna jest taka terapia. Kasia musiała jeździć z nim i wracać. Ich mama nie znosiła podróżowania, szczególnie samochodem czy busem. Nie było wyjścia, Kasia musiała wozić braciszka na zajęcia. „Czemu nie mogę mieć, jak inne dziewczyny. Mają szczęśliwą rodzinę, oboje rodziców i nie martwią się o to, że krowa nie wydojona czy chwasty nie zebrane. Mogą sobie iść do kina, na koncert. Zero problemów i obowiązków”, myślała Kasia. Zazdrościła Natalii, choć nie powinna. Była jej przyjaciółką. „Nie mam chłopaka, a z resztą, kto by chciał taką brzydulę, jak ja”, myślała. Kasia zamknęła oczy i poszła spać. W nocy śniło jej się, że śpiewa. Stoi na scenie i wszyscy na nią patrzą – mama, brat, Natalia i wszyscy sąsiedzi, koleżanki z klasy. A ona w czerwonej sukience śpiewa ulubioną piosenkę „My heart will go on”. „PAMIĘTAJ, NIGDY NIE WOLNO SIĘ PODDAWAĆ, NAWET GDYBY ZABRAKŁO NADZIEI!!!..” takimi słowami skończył się jej sen. Te słowa często powtarzał jej tajemniczy głos w sercu. Był to cytat z jej ulubionego filmu. Titanic znała na pamięć, mogłaby oglądać i oglądać w kółko i zawsze płakała.
- Mamo, a dlaczego tata tak do nas długo nie przyjeżdża? – zapytała mamę Kasia. – Zapomniał o nas? Jesteśmy jego rodziną.
- Córeczko… nie wiem, na pewno ma obowiązki. Pracuje. – odparła Anna ze łzami w oczach
- Ale chyba o nas pamięta czasem? Myślisz, że nas wspomina?
- Kasiu, chyba nie, przecież nie przyjeżdża, nie dzwoni, nie pisze. Nie odwiedza nas nawet na święta. Może ma nową rodzinę, więc po co mu my. – zapłakała Anna

Tadeusz był mężem Anny. Poznali się tutaj, na Słonecznym Wzgórzu, a właściwie to na drodze między Wzgórzem a Nowym Miastem. Anna szła wówczas ze swoją córką na targ do wspomnianego pobliskiego miasteczka na zakupy. Wracając do wioski nagle ktoś potrącił ją… samochód tak szybko przerzucił ją na drugą stronę ścieżki. Zdążyła tylko chwycić Kasię za rękę i upadły razem na ziemię. Wtem przejeżdżał obok nich Tadek na rowerze.
- Nic pani nie jest? Czy słyszy mnie pani? – zapytał Tadeusz ranną kobietę
Kasi wyraźnie nic się nie stało. Stała nad matką i płakała, trzymając rączki na buzi. Była jeszcze mała. Anna nic się nie odezwała, straciła przytomność. Tadek zadzwonił po pogotowie. Przyjechało po 15 minutach i karetka zabrała Annę do szpitala. Tadek i Kasia pojechali na rowerze. Na miejscu okazało się, że Annie nic się poważnego nie stało. Trochę posiniaczona i miała niewielkie złamanie nogi.
- Będzie musiała pozostać w szpitalu przez parę dni – oznajmił lekarz Tadeuszowi.
- Oczywiście, rozumiem. Będziemy przy niej czuwać – odpowiedział.
- Czy państwo są rodziną chorej? – zapytał doktor
- Jestem jej przyjacielem. A to jej córka, Kasia.
Tadeusz musiał tak odpowiedzieć. Choć poznali się dopiero podczas wypadku. Jednak, gdyby lekarz to wiedział, to nie pozwoliłby mu zostać przy Annie.
Po wyzdrowieniu Anny Tadeusz pojechał z nią do jej domu. Wzięli taksówkę, bo na jednym rowerze cała trójka by się nie zmieściła. Zajechali razem do domu Anny i Kasi. Tadeusz bał się je zostawić same, dlatego przez całą noc czuwał, był u nich w domu.
Tadeusz mieszkał sam, w pobliskim Nowym Mieście. Nie musiał nikogo informować o tym, że nie wraca. A tu miał się kim opiekować. Przy Annie i jej córce dobrze się czuł, czuł się potrzebny. Z czasem Tadeusz zamieszkał razem z Anną i Kasią. Cała trójka czuła się bardzo sobie potrzebna. Po kilku latach Anna i Tadek pobrali się, a niedługo potem urodził się im ich synek – Mikołaj. Niestety, okazało się, że jest niesłyszący. Jednak opiekowali się nim jak mogli. Kasią również. Razem byli bardzo szczęśliwy.
Kiedy Mikołaj skończył 2 lata Tadeusz postanowił wyjechać do pracy do Londynu. Pracował w tamtejszej restauracji. Obiecywał przesyłać rodzinie pieniądze. I robił to, do czasu. Potem coraz rzadziej aż w końcu przestał dawać znak życia rodzinie. Anna i Kasia bardzo tęskniły. Szczególnie Kasia. Poczuła przez chwilę, jak to jest mieć ojca. I choć Tadeusz nie był jej biologicznym ojcem, ale czuła wyjątkową bliskość z nim. Jakby nim był naprawdę.
Kasia nie wiedziała, co się stało z jej pierwszym ojcem. Nie przypuszczała też, że Anna nie jest jej rodzoną matką. Nigdy o tym nie rozmawiały, a Kasia też bała się zapytać. Zawsze jednak dziwiło ją to, gdy ludzie mówili, że jest zupełnie nie podobna do Anny. Przybranych dziadków również nie pamiętała. Była bardzo mała, gdy zmarli. Kasia miała więc tylko mamę. No i braciszka. Tak marzyła o tym, by móc z nim porozmawiać. Mikołaj żył w swoim zamkniętym świecie.
Kontakty z mamą zaczęły być trudne, kiedy zaczęła chodzić do szkoły. Mama zaczęła być bardziej nerwowa, pełna niepokoju. Sytuacja finansowa też nie była zadowalająca. Żyli tylko z zasiłku, jaki przysługiwał im z powodu chorego Mikołaja. Kasia rozmawiała z mamą o tym, że chciałaby wyjechać do Warszawy na studia. Tam by znalazła pracę i pomogła mamie i bratu.
- Nie ma mowy, Kaśka. Co Ci strzeliło do głowy? Warszawa nie jest dla Ciebie. Twoje miejsce jest tutaj, na wsi. Przy braciszku i przy matce. WARSZAWA NIE JEST DLA CIEBIE…WARSZAWA NIE JEST DLA CIEBIE…” -  te słowa przekreśliły wszelkie nadzieje na lepsze życie Kasi.



ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 4



Marek Wójcik był znanym warszawskim dyrygentem i kompozytorem. Pracował od 30 lat w tym samym Teatrze Syrena. Był wybitnym muzykiem i posiadał słuch absolutny. Potrafił szybko wychwycić, czy ktoś fałszuje, czy nie. Marek prowadził chór teatralny. Był z niego bardzo dumny. Traktował je jak swoje drugie dziecko. Pierwszym była oczywiście Sandra. Marek traktował swój chór w sposób wyjątkowy – pielęgnował go niczym ogrodnik, pracował z nim do późnych godzin nocnych. Uczył swoich podopiecznych nie tylko, jak poprawnie śpiewać, ale też jakim być człowiekiem na scenie i w życiu. Uczył ich pewności siebie.
Niestety Marek posiadał jedną wadę – nie znosił popełniania błędów. Był profesjonalistą w każdym calu, szczególnie w swojej pracy. Oczekiwał od swoich współpracowników tego samego. Generalnie Marek był spokojnym i opanowanym człowiekiem, ale gdy zbliżała się premiera jakiegoś ważnego spektaklu czy inne ważne wydarzenie wtedy był bardzo nerwowy. Chciał, by wszystko wypadło idealnie, żeby nikt nie fałszował, nikt nie pomylił słów w tekście piosenki. Marzył, by śpiew jego chóru zawsze zbierał owacje na stojąco. Gdy tego elementu zabrakło, uznawał, że coś poszło nie tak, że wokaliści nie postarali się, nie dali z siebie wszystkiego. Wtedy nie potrafił opanować złości.
W kawiarni Teatru Syrena pracowała Anna. Była zawsze skromną dziewczyną, a kiedy prosił o przyniesienie kawy do sali prób z bufetu, zawsze lubił i chciał by to Anna mu ją przyniosła. Pozwalał jej siedzieć na widowni, by mogła obserwować i przysłuchiwać się próbom jego chóru. Czuł się wtedy taki dumny, a zarazem szczęśliwy. Marek miał wtedy może ze 30 lat, a Anna około 20. Byli jeszcze bardzo młodzi, z wielkimi ambicjami na przyszłość zawodową, choć każdy w innej dziedzinie. Bardzo chciał, żeby Anna zaśpiewała jakąś jego piosenkę albo w ogóle wydobyła z siebie jakiś dźwięk, który można nazwać śpiewaniem. Chciał też, żeby śpiewała w jego chórze, ale nie potrafił jej o to zapytać, a sama też milczała.
Gdy doszło do przykrej sytuacji, w której Anna pomyliła się podczas śpiewania, zastępując chorą koleżankę, był wściekły. Może nie na samą Annę. W końcu pierwszy raz odważyła się użyć swojego głosu przy nim. „Głos miała prześliczny, niczym słowik”, wspominał dyrygent po latach. Ale zaraz głupio mu się zrobiło na myśl o tym, co było potem. Nakrzyczał na Annę. Wpadł w furię, a koncert okazał się klapą. To wszystko, nad czym pracował, poszło na marne. Ludzie na publiczności… chyba nie zauważył ich reakcji, choć zawsze liczył się z jej zdaniem. Emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Wyrzucił Annę z koncertu i z teatru. Potem bardzo tego żałował, ale nigdy nie potrafił przeprosić. W sumie od tamtej pory nie widział jej. Przestała pracować w kawiarni teatralnej i słuch o niej zaginął.
Marek miał wyrzuty sumienia. Nieraz budził się w nocy z powodu koszmarów, jakie nawiedzały go we śnie. Przebieg tych snów był bardzo podobny. Anna w długiej czerwonej sukni śpiewa arię operową najwyższym z możliwych głosów. Śpiewa tak głośno, że aż uszy zaczynają Marka boleć. Aż w końcu głuchnie od tego dźwięku…zupełnie jak u ptaków głuszców. I wtedy zwykle Marek się przebudza. „Jakie to szczęście, że jednak nie jestem głuchy”, pomyślał dyrygent po przebudzeniu. „Wtedy nie mógłbym komponować”.
Marek miał jedyną córkę, Sandrę. Obecnie miała 20 lat. Przez większość życia wychowywał ją sam. W wieku 35 lat ożenił się z piękną kobietą imieniem Sandra. Cóż za zbieg imion, lecz nie przypadkowy. Marek i Sandra żyli ze sobą przez kilka lat. Jeździli razem na wakacje, on zapraszał ją do swojego teatru na spektakle. Byli nierozłączni. Gdy zbliżały się urodziny Sandry, kupował jej kwiaty i pichcił ciasta. Mało kto wiedział, ale drugą pasją Marka było pieczenie ciast. Kupował książki kucharskie, czasem pomagał mamie w kuchni, lubił przeglądać jej zeszyt z przepisami. W pichceniu też chciał być profesjonalistą. Jednak robił to tylko w domu, dla siebie i dla rodziny. Mało kto mógł spróbować jego pysznych ciast. Kiedyś zrobił mamie na dzień matki piękny tort w kształcie serca, z bukietem tulipanów na wierzchu.
Jednak życie Marka nie oszczędzało. Zaczęło się komplikować, gdy Sandra zaszła w ciążę. Lekarze zdiagnozowali u niej białaczkę. Niestety, jest to bardzo śmiertelna choroba. Jeśli nie znajdzie się szybko dawcy szpiku, można umrzeć. Najgorsze jest jeszcze to, że i ciąża jest zagrożona. „Co robić??? Co robić???” Ona musi żyć. One muszą żyć. Sandra i nasza córeczka” – płakał Marek. Był ciągle w szpitalu, przy żonie. Zrezygnował z pracy w teatrze, żeby opiekować się Sandrą. Pomagał jej, dodawał sił i koił jej łzy. Niestety, niedługo po urodzeniu córeczki, Sandra zmarła… choroba była zbyt silnym przeciwnikiem. Marek nie wiedział co czuje. Ból? Rozpacz? Radość z urodzonej córeczki? Ból po utracie żony? Jego emocje wahały się z jednego krańca na drugi.
Marek postanowił sam zaopiekować się małą dziewczynką i postanowił nadać jej imię SANDRA, żeby zawsze mieć  w pamięci swoją żonę. Kochał ją ponad wszystko. Starał się córce zapewnić wszystko, czego potrzebowała. Nie mógł wrócić do pracy, musiał być dla Sandry i ojcem i matką. Chciał i musiał być przy córeczce. To jego obowiązek. Pomagali mu rodzice, ale z czasem i to nie wystarczało. Z biegiem lat Sandra poszła do przedszkola, potem do szkoły. Wtedy Marek podjął się pracy nauczyciela muzyki w jej szkole.
Dzieci go bardzo lubiły i on lubił dzieci. Mógł dzięki temu być przy Sandrze. Bał się jej spuścić z oka. W końcu była jego jedyną córeczką. Jedyną żywą „pamiątką” po jego żonie. Była po prostu jego córką, a on chciał być dla niej i ojcem i matką.
Z czasem chyba aż za bardzo wcielił się te role. Gdy Sandra stała się nastolatką, chciała chodzić do znajomych do domu, na imprezy i inne okazje. Wtedy Marek bardzo się o nią martwił. Był jakby trochę o nią zazdrosny. Dotąd spędzała czas tylko z nim, a teraz jacyś obcy ludzie kręcą się przy niej. Najgorzej było, gdy zobaczył ją w towarzystwie chłopaków. Wtedy mówił jej, żeby trzymała się od nich z daleka.
- Lepiej uważaj kochanie – radził tata Sandrze
- Tato, nic mi nie będzie – odpowiadała.
I tak nieposłuszna córeczka coraz częściej wychodziła z domu. A Marek zostawał sam. Samotność w domu to najgorsze uczucie, jakiego może doznać człowiek. Wtedy naszła go myśl, żeby porzucić pracę w szkole i wrócić do teatru. Stęsknił się za swoim chórem. W tej samotności Marek skomponował wiele utworów. Jego życie teraz się zmieniło, więc utwory też były inne. Nie wesołe, ale przepełnione smutkiem i rozpaczą. „Takie utwory zawsze chciałem pisać”, mówił dyrygent. „To, co wcześniej pisałem to zupełnie inna muzyka. Moja muzyka będzie teraz wyrażać emocje. Prawdziwe, z głębi serca. Muzyka to emocje, wzruszanie się, łzy. To zjednoczenie się z muzyką przez wszystkie nasze zmysły i serce, nie tylko słuchem powinniśmy odbierać muzykę”, myślał Marek.
Po powrocie do pracy był zdziwiony odnowionym składem chóru. „No tak, nie było mnie tu parę lat, to i chór się zmienił. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą. Szkoda, że nikt nie chce w nim śpiewać na stałe”. I wtedy Marek pomyślał o Annie. Ona by pewnie chciała śpiewać w jego chórze. Zawsze chciała, tylko nie miała odwagi.” A gdy się odważyła, stanąłem jej na drodze do marzeń”, zapłakał dyrygent w teatralnej szatni.
- Co Ci jest, stary? – zapytał Grzegorz, kolega z teatru.
- Aara… to długa historia, Grzesiu – odparł Marek. – Czy popełniłeś kiedyś błąd, którego bardzo żałujesz?
- Hm… niech no pomyślę. Tak! Wsypałem kiedyś sól do filiżanki z kawą. Była obrzydliwa! To jedyna kawa, którą musiałem wylać – żalił się kolega.
Grzegorz chyba nie specjalnie się przejął życiowym błędem Marka. „Porównywać zniszczenie komuś marzeń do posolonej kawy??? Ratunku, na jakim świecie ja żyję???”, myślał Marek pełen wyrzutów sumienia. „Nikt mnie nie rozumie”
Marek znów przychodził codziennie na próby chóru. Widząc rządek młodych osób marzących o karierze wokalnej napawało go znów dumą i radością. Zapragnął również, żeby Sandra śpiewała w jego chórze. Choć sama nie przepadała za śpiewaniem. Jednak nie chciała sprawiać przykrości ojcu. Bardziej ciągnęło ją do sportu i w daleki świat. Chciała podróżować, być nareszcie wolną i swobodną. Jak ptaki.


Jak wyrwać się ze szponów depresji

Dzień Dobry :) Jak to dobrze wrócić do blogowania. Ledwo napisałam swój pierwszy post (po długim czasie nieobecności tutaj), a już dziś...